2017/08/31

Dzień Bloga

Pierwszy raz w swojej blogowej historii wyrobiłam się z ogarnięciem rzeczywistości i skumałam, że dzisiaj jest Dzień Bloga (przeważnie - jak to ja - doznawałam oświecenia po fakcie). Mam więc niecodzienną szansę na to, aby pierwszy raz uroczyście wygłosić pisemną mowę o tym, jaki wpływ na moje życie miał ten mały kawałek Internetu, który - choć pod różnymi adresami - jest ze mną od dobrych dwunastu lat.

Swoją przygodę rozpoczęłam na Onecie. Przyjemnie mi się tam pisało, chociaż czasem robiłam mały skok w bok na Tenbit, Myloga, tudzież WP. Gdzieś w 2010 roku zainteresowała mnie nowość - Blogspot. Założyłam bloga, ale zaraz z niego zrezygnowałam, bo - wierzcie lub nie - praktycznie nikogo tutaj nie było. Przeszkadzało mi to wyalienowanie, więc po pierwszej nieudanej próbie postanowiłam wrócić do korzeni. W kwietniu 2011 roku ponownie podjęłam się przeniesienia na Bloggera, ale znów po kilku dniach wróciłam. Tak tam tkwiłam, aż Onet zaczął upadać, przez co zaczęły się masowe migracje i ostatecznie wylądowałam tutaj (do trzech razy sztuka?). Teraz z perspektywy czasu widzę, że był to doskonały wybór - bloguje mi się tutaj cudownie i mogę śmiało powiedzieć, że odnalazłam swoje miejsce.

A jak dokładniej wyglądała moja droga przez blogosferę? Począwszy od opowiadanek inspirowanych "Harrym Potterem" (taka byłam ambitna!), przeszłam przez szał brokatowych gifów i mangowych nagłówków, później zapragnęłam prowadzić subtelny pamiętnik, aby zaraz wpaść w kontrastowy wir mrocznego jak smoła w kotle najgłębszego z piekieł blogowania przeplatanego ulubionymi fragmentami - równie mhrocznych - tekstów piosenek, po czym aby odgonić ten smutek, zabrałam się za lekką tematykę skupiającą się wokół absurdów dnia codziennego. Ot, pomieszanie z poplątaniem. Finalnie największą uwagę skupiam na zdjęciach, które były obecne przez praktycznie cały ten czas (odkąd telefony z aparatem stały się dostępne), ale nigdy wcześniej nie były dla mnie tak ważnym elementem blogosfery.

Blog przyczynił się do wykreowania mojego własnego stylu (i już nie zmieniam szablonów kilka razy w tygodniu ;)) - po wielu latach błądzenia w końcu osiągnęłam to, co chciałam i czuję się w tym miejscu w 100% spełniona (co nie znaczy, że nie będę sobie stawiała poprzeczki coraz wyżej i wyżej). Poza tym, że znalazłam swoje ja, to jeszcze miałam możliwość poznania wielu wspaniałych ludzi - z niektórymi widziałam się na żywo, a z innymi wspaniale mi się gada i takie spotkania jeszcze są przed nami.

2017/08/23

Odrobina lasu

Sierpień zbliża się już ku końcowi, więc powoli wyłazimy z Panem Kudłatym do lasu, aby w pełni oddać się naszemu wspólnemu hobby - zbieraniu grzybów. Co prawda, zebraliśmy ich mniej niż przypuszczałam (wszak warunki są idealne!), że znajdziemy, ale odbiłam to sobie robieniem zdjęć. Ku swej uciesze zauważyłam, że w końcu zakwitły wrzosy i na pewno jeszcze kilka ich fotek tutaj przemycę. Mam już nawet pomysł na to, do jakiego postu je wykorzystam! :) Ale na razie ciii... wszystko w swoim czasie.

2017/08/15

15 sierpnia

W ten dzień przypada Święto Wojska Polskiego, a dzięki swojej dogodnej lokalizacji mogę tę uroczystość świętować niemalże od samego rana (a w wersji demo już nawet kilka dni wcześniej), gdyż nad głowami krążą śmigłowce, odrzutowce i inne cuda naszej podniebnej obrony. Na szybko (pomiędzy szykowaniem się do wyjścia, a blendowaniem zupki dla Wiktora) udało mi się zrobić parę naprawdę fajnych ujęć.


Trochę pofociłam i trzeba było się już zbierać - w planach mieliśmy jeszcze przejażdżkę w stylu vintage Jelczem z 1971 roku w miejsce, którego historia też ma dzisiaj swoje pięć minut. Na pola ossowskie, gdzie miał miejsce Cud nad Wisłą. Z uwagi na to, że braliśmy ze sobą córkę, ustawiłam plan dnia tak, aby być na miejscu już po rekonstrukcji całej tej bijatyki. No, ale jak to zwykle z moim planowaniem wychodzi - nie wyszło i trafiliśmy na sam początek wojny. Nie byłam do końca przekonana, czy to aby na pewno dobry pomysł, żeby dziecko patrzyło na to wszystko, ale było tam tak dużo podrostków, że postanowiłam jednak zaryzykować. Głośność wystrzałów jest na poziomie fajerwerków, z którymi mała nie miała żadnych problemów, a poza tym nikt nie powiedział, że trzeba to widowisko oglądać do końca i gdyby coś się działo, to zawsze można odejść. Pomijając fakt, że wybraliśmy dosyć kiepskie miejsce i już na dzień dobry wybuchło obok nas kilka atrap min ukrytych w rzece, to było naprawdę dobrze. Amelka cieszyła się, widząc odgrywających swoje role aktorów na rozpędzonych koniach i biła im brawo. Szkoda tylko, że nie wzięłam aparatu i zdjęcia musiałam robić telefonem, więc fotografie poniżej są nieco gorszej jakości.

2017/08/10

Q&A [3/5]

Zauważyłam, że na tym blogu idzie mi o wiele lepiej z pisaniem odpowiedzi do Q&A. Aż jeden taki post na miesiąc, a nie kwartał. To jest dopiero postęp! :) Obym tylko nie poległa na samym finiszu...

31. Czy wierzysz, że bocian przynosi dzieci?
Mam dwójkę dzieci i zaręczam, że żadnego z nich nie przyniósł bocian :)

32. Jaki jest Twój ulubiony film i serial?
Z seriali zdecydowanie najbardziej lubię popularną "Grę o tron", a film? To dopiero zagwostka! Próbuję wymyślić, który z filmów zasługuje na to zaszczytne miejsce i jedyne co mi przychodzi do głowy, to seria "American Pie". Głupie jak nie wiem, ale... na tym właśnie się wychowałam (pewno dlatego czasem przejawiam stany skrajnego debilizmu ;)) i po dziś dzień z uciechą oglądam każdą z części tej produkcji.

33. Jak często kupujesz sobie coś nowego do szafy?
Przynajmniej raz w miesiącu coś musi być :)

34. Jakie książki lubisz czytać?
Uwielbiam fantastykę i od dawna jestem zakochana w twórczości Pilipiuka, Sapkowskiego i Piekary. Panowie od wielu, wielu lat są moją ulubioną trójcą i pomimo tego, że wiele książek mi się podobało, to i tak nikt i nic ich nie przebije. No, może pomijając tylko "Harry'ego Pottera", od którego w ogóle zaczęła się cała moja przygoda z czytaniem książek i ze względu na ten sentyment chętnie do niego wracam. 

35. Co jest Twoją inspiracją do postów?
Po prostu: życie.

36. Jesteś spokojną osobą czy raczej dosyć nadpobudliwą?
Ze względu na ostatnie wydarzenia, które ustawicznie podwyższały mi ciśnienie powiedziałabym, że jestem nadpobudliwa, ale zdarza mi się też być naprawdę leniwą, a jedno z drugim się nieco wyklucza, więc ujmijmy to tak, że jestem takim leniwcem na duuużej dawce kofeiny. Taki złoty środek :)

37. Gdzie chciałabyś pojechać w przyszłości?
Najlepiej wszędzie ;) Świat jest tak piękny, że trudno jest wybrać jedno konkretne miejsce do zwiedzenia.

38. Skąd taka nazwa?

Permanentnego7nieba używam już ho ho ho i jeszcze trochę dłużej. Kiedyś prowadziłam fotobloga pod tą nazwą, ale na pewien okres mi się o tym zapomniało, a dopiero przy zmianie bloga sobie o tym przypomniałam. Więcej o pobudkach, które kierowały mną przy wyborze nowego adresu napisałam w pierwszym poście, więc aby się z tym nie powtarzać, odsyłam Was do tego wpisu: klik! :)

39. Jak zaczęła się Twoja przygoda z blogiem?
Kiedyś tam w gimnazjum przerabialiśmy na informatyce projektowanie stron. Tak bardzo mi się to spodobało, że chciałam przenieść to z dyskietki (tak, jestem aż tak stara) do Internetu. Nie wiedziałam, jak to uczynić, więc opowiedziałam o swoim problemie koleżance, która skierowała mnie na OnetBlog.

40. Ile miałaś współprac? Z której jesteś najbardziej zadowolona?
Zrealizowanych? Okrąglutkie zero. Swój mały kawałek sieci prowadzę czysto hobbystycznie, a nie dla fantów, więc wszystkim propozycjom współpracy stale odmawiam. Zresztą... takie współprace przeważnie dotyczą mody, kosmetyków bądź książek, a to raczej nie pasuje do kategorii tego oto bloga.

41. Gdybyś nie prowadziła bloga, czemu poświęciłaby ten czas, który teraz poświęcasz na bloga?

Najprawdopodobniej poświęciłabym ten czas na spanie ;)

42. Jakim sprzętem robisz zdjęcia?
Nikon D3300 / Huawei P9 Lite.

43. Co dało Ci założenie i prowadzenie bloga?

Dzięki blogowi przede wszystkim poznałam masę wspaniałych osób, a z niektórymi nawet miałam sposobność spotkać się twarzą w twarz. Blogując mogłam doskonalić swoje umiejętności w posługiwaniu się językiem HTML, a także uwolnić myśli, które wcześniej ugniatałam w sobie. Same pozytywy!

44. Wymarzony zawód?

Pomimo tego, że mam już swoje lata, to ciężko jest mi określić, czym chciałabym się zajmować. Kusi mnie wszystko, a jednocześnie nic. Najpewniej jednak zwiążę swoje życie z fotografią, do której mam zamiłowanie od... hm... od dawna. A jak nie fotografia, to może zacznę piec ciasta. Albo może to i to?

45. Pamiętasz swoją pierwszą miłość?

Jak najbardziej. Nadal jesteśmy w kontakcie :)

2017/08/05

Kumulacja nieszczęść

Ostatnio miałam bardzo ciężki okres - na moją głowę zwaliło się o wiele za dużo problemów, z którymi musiałam sobie na raz poradzić, a nawet jak już próbowałam jeden problem ogarnąć, to nagle jakimś magicznym sposobem się on rozmnażał i tak na przykład jak się wzięłam za swoje zdrowie i przebadanie podejrzanego guzka spod pachy (który ostatecznie okazał się nieszkodliwy), to nie wystarczyło nawet samo to, że w dzień wycięcia tego ustrojstwa byłam chodzącym nieszczęściem i taki prosty zabieg trwał o wiele dłużej niż powinien, a o reszcie cudownych inaczej wrażeń tamtego dnia nawet nie chcę myśleć. Oczywiście samo założenie trzech szwów w niewygodnym miejscu to za mało, więc los postanowił dowalić mi upałem na całe dwa tygodnie noszenia tego ustrojstwa (na marginesie dodam, że dzisiaj jest pierwszy dzień bez szwów, więc pogoda jest już normalna), a jak powszechnie wiadomo - rany ciężko goją się w upale. Poza tym, do jasnej ciasnej, było to pod pachą, gdzie są gruczoły potowe, a w takie upały ciężko jest się nie pocić, a słony pot na ranie naprawdę nie jest niczym przyjemnym. Ciągle czułam rozrywający ból, który był absolutnie oporny na wszystkie proszki przeciwbólowe. Później się okazało, że tak na dobrą sprawę, to nie miałam na co narzekać, bo do pełni (nie)szczęścia wyskoczyły mi jeszcze dwa dyski i przewiałam szyję, doprowadzając do zapalenia mięśnia nerwu szyi, więc nie dość, że nie mogłam się ruszyć, to jeszcze na apogeum upałów zostałam odcięta od wentylacji w pokoju, gdzie temperatura dochodziła do 33°C. Powiedziałabym, że gorzej być nie mogło, ale nie chcę kusić losu, bo pomimo tego, że już jest po wszystkim, to jeszcze podejmie wyzwanie i wtedy totalnie rozłoży mnie na łopatki.

Coby ten post nie miał takiego całkiem smutnego wydźwięku, to na koniec dorzucam zdjęcie z lipca, które bardzo mi się podoba, a jeszcze jakimś cudem nie znalazło się na łamach mojego bloga (ani nawet IG ;)).